Szczęście da się kupić!

Mamy w sobie takie przekonanie, że im więcej pieniędzy będziemy mieć, tym będziemy szczęśliwsi, bardziej zadowoleni, w naszym życiu będzie więcej satysfakcji. Nieraz pewnie słyszałyście, jak ktoś mówi: gdybym miała więcej pieniędzy to kupiłabym sobie to i tamto i już niczego więcej nie potrzebowałabym w życiu. Gdybym tylko miała więcej pieniędzy…. Też Ci się wydaje, że gdybyś więcej miała i mogłabyś więcej wydawać, byłabyś bardziej zadowolona? Czy faktycznie równanie: pieniądze=satysfakcja jest prawdziwe?

Opis tak zwanej krzywej satysfakcji możemy znaleźć w książce „Your Money or Your Life” Vicki Robin i Joe Dominquez. Dominquez był analitykiem finansowym na Wall Street i przeszedł na tzw. emeryturę (nie musiał już zarabiać pieniędzy pracując) w wieku 30 lat, a Robin była aktorką. Rzuciła granie, kiedy poznała zasady, jakie głosił Dominquez i razem utworzyli fundację, która promowała zrównoważony rozwój i tzw. zasadę 9 kroków na drodze do niezależności finansowej, którą Joe opracował.

Celem programu jest pokazanie, jak osiągnąć niezależność finansową, ale w zgodzie ze sobą i swoim życiem. Cała ta filozofia nie opiera się tylko i wyłącznie na zarabianiu czy oszczędzaniu, ale też pod uwagę brany jest czas, jaki na to przeznaczamy. Pokazuje, jak ważny jest nasz stosunek do pieniędzy w odniesieniu do naszej relacji w rodzinie, do naszych oczekiwań wobec życia. Bardzo podoba mi się w niej, że autorzy nie koncentrują się tylko i wyłącznie na pieniądzach (a przecież wydaje nam się pewnie, że to one są najważniejsze w planowaniu naszej niezależności finansowej). Łączą finanse z różnymi stronami naszego życia, takimi jak rodzina, praca, czas dla relacji itp. Pokazują, jak niezależność finansowa może być wpisana w równowagę naszego życia, jak znaleźć balans w tych wszystkich najważniejszych dla nas dziedzinach.

Krzywa satysfakcji – co to jest i co pokazuje?

Stereotypowo wydaje się nam, że im więcej mamy pieniędzy i tym samym, im więcej ich wydajemy, tym bardziej wzrośnie poziom naszego zadowolenia. Ale jak jest faktycznie? W książce pokazana jest tzw. krzywa zadowolenia, która obrazuje zależność między ilością wydanych pieniędzy a poziomem satysfakcji, jaką mamy z zakupu. I rzeczywiście na poziomie zaspokojenia potrzeb podstawowych, takich jak: jedzenie, ogrzanie się, „dach nad głową” zależność, że im więcej mamy pieniędzy tym więcej naszego zadowolenia jest całkowicie prawdziwa.
Gdy jesteśmy głodni, nie mamy się gdzie schronić i ogrzać, nawet niewielka ilość pieniędzy może nam przynieść adekwatnie dużo zadowolenia, zaspokajając nasze podstawowe pragnienia dotyczące naszego bytu.

Gdy już mamy zaspokojone potrzeby podstawowe, wydaje się nam, że jeszcze więcej pieniędzy da nam jeszcze większe zadowolenie. I faktycznie, wzrasta bardziej, kiedy kupimy sobie przedmioty, które zapewnią nam już pewien poziom komfortu, a nie tylko pozwolą przetrwać. Można spać na podłodze, potem na materacu, ale spanie w łóżku to dopiero wygoda 🙂 Można cieszyć się jedząc suchą bułkę i jedynie zaspokajać głód, ale już bułka z szynką to dopiero rarytas, a jak dołożyć do tego jeszcze serek i pomidorka? Istnieje powszechne przekonanie, że im więcej pieniędzy wydajemy, tym jesteśmy bardziej szczęśliwi i zadowoleni i wzrasta ono z każdym wydatkiem, który daje nam większe poczucie komfortu. Czy to jedynie przekonanie, czy może naprawdę tak jest?

Wydajemy, nabywamy kolejne rzeczy i stopniowo, prawie nie widząc tego etapu, przechodzimy do momentu, że posiadamy bogactwo. Wiadomo przecież, że lepiej jest mieć nowiutkie auto, albo jeszcze lepiej dwa. Fajniej jest mieć piękny dom niż M3 w bloku. Wolimy pojechać na all inclusive na Bali niż pod namioty w Karkonoszach. Podejrzewam, że jeśli napiszę, że ekonomicznie posiadanie samochodu to luksus, większość z Was zarzuci mi, że to w tych czasach żaden luksus, że bez niego nie da się normalnie funkcjonować. Nie da się? Oczywiście, że się da, jedynie bez auta życie byłoby dużo mniej komfortowe, ale nadal nie oznacza to, że jest to dobro pierwszej potrzeby.

W naszej głowie nadal istnieje przekonanie, że wydać więcej znaczy lepiej się czuć/żyć szczęśliwiej, ale nie widzimy już po jakimś czasie faktu, że wydawane przez nas coraz większe pieniądze nie przynoszą już takiego zadowolenia. Kiedy codziennie pijesz pyszną kawę w kawiarni, szafa już się nie domyka od nowych ubrań, dom jest już odpowiednio duży i kolejny nie zrobiłby na Tobie takiego wrażenia, a kolejna podróż „na wypasie” jest już tylko jedną z kilku to nagle okazuje się, że satysfakcja rośnie bardzo powoli, albo jesteśmy już na etapie, że przestajemy ją w ogóle odczuwać.

Kupować i mieć więcej i więcej znaczy czuć się szczęśliwiej?

Dochodzimy do momentu, w którym nasza satysfakcja przestaje rosnąć proporcjonalnie do ilości wydawanych pieniędzy, krzywa rośnie coraz wolniej. Docieramy do punktu równowagi. Wiecie, na ile pieniędzy został on określony? Obliczono, że w zachodnim społeczeństwie to ok. 60 tys. euro rocznie. A co się dzieje potem? Nagle z upływem czasu dochodzimy do miejsca, gdzie krzywa zadowolenia zaczyna spadać, mimo że my nadal wydajemy coraz więcej pieniędzy. Stan naszego posiadania nadal rośnie, ale zadowolenie z tego faktu jest już coraz mniejsze. Trudno jest nam już zapanować nad tymi wszystkimi nowy rzeczami. Musimy myśleć o tym, jak ją przechować, jak obsługiwać, a może jakieś dodatkowe opłaty są koniecznie, by ją utrzymać. Kosztuje nas to coraz więcej zachodu i energii. I to właśnie moment, gdy zależność „pieniądze=zadowolenie” już nie działa.

Każdy, kto studiował ekonomię, na pewno słyszał o prawie malejącej użyteczności krańcowej. Prawo to mówi o tym, że korzyść krańcowa każdej kolejnej konsumowanej jednostki dobra jest mniejsza od korzyści krańcowej poprzedniej jednostki dobra. I na podobnej zależności opiera się właśnie opisana przed chwilą krzywa satysfakcji. Zwiększając konsumpcję o kolejne jednostki następuje zwiększenie odnoszonych korzyści, ale przyrost tych korzyści z każdą jednostką dobra jest po prostu coraz mniejszy.

Dla mnie najważniejsza lekcja, jaka płynie ze znajomości tej krzywej to zachęta, by każdy z nas uświadomił sobie tę zależność i spróbował poznać swój własny, optymalny punkt łączący poziom posiadania i konsumowania. Taki punkt równowagi, w którym będziemy odczuwać maksimum zadowolenia i świadomie nie będziemy brnąć już dalej. W jakim celu chcesz kontynuować wydatki, skoro przynosi to tylko mniejsze korzyści, Twoja satysfakcja spada, a pozbywasz się pieniędzy? Oczywiście, że określenie tego punktu to trudna sprawa. Nasi znajomi mają coraz więcej i lepiej, a w nas budzi się zazdrość i żądza, a jak do presji otoczenia dołożyć wszechobecną reklamę to już w ogóle ciężka sprawa. Myślę jednak, że znalezienie tego momentu, gdy nasze potrzeby są zaspokojone, posiadamy już zadowalający nas komfort życia, a nawet odrobinę odpowiadającego nam luksusu i bogactwa jest kluczowe, by znaleźć balans i zdrowe podejście do życia i finansów. A jeszcze teraz, kiedy poznałaś już tą zależność, jesteś o krok dalej od tych, którzy się na tej krzywej zapędzili za daleko i nie zdają sobie z tego sprawy.

Udało Wam się już dobić do tego punktu? Czy umiecie go określić? Może okazuje się na przykład, że po krótkiej radości z powodu kolejnego zakupu towarzyszy nam poczucie winy? Może właśnie to pokazuje nam przekroczenie punktu równowagi. A może macie jakieś swoje własne doświadczenia na ten temat? Podzielcie się nimi, proszę, w komentarzach, być może pomogą innym.
Jeśli ten temat wydał Ci się ciekawy podziel się, proszę tym postem i udostępnij go znajomym na FB. Moim zdaniem inwestowanie i finansowa odpowiedzialność jest dla kobiet bardzo istotna i chciałabym, żeby jak najwięcej z nich sobie to uświadomiło.

Będzie mi miło, jeśli polubisz też moją stronę na Facebook-u.

Zapisz się na Newsletter. Bądź na bieżąco z informacjami o nowych postach i moich inwestycjach!

Polecam również

  • Ula z prostoofinansach

    Ostatnio coraz częściej wydaje mi się, że wolę nie wydawać jeśli nie muszę. Być może to modny ostatnio minimalizm. Zdecydowanie spadła u mnie satysfakcja przy wydawaniu a nie jest to na pewno punkt równowagi. Może z wiekiem, punkt równowagi się zmienia wraz z naszym zmieniającym się nastawieniem do życia?

    • U mnie minimalizm nastał z regularnymi przeprowadzkami 🙂 A tak na serio to mam podobne zdanie, że może z wiekiem, a może z doświadczeniem i świadomością i finansową i po prostu życiową 🙂

    • Na początku jest głód posiadania, później człowiek zaczyna zwracać uwagę na inne aspekty życia. Posiadanie idzie na boczny tor. Po prostu mniej zwracam uwagi na to aby się wyróżnić z tłumu lepszym samochodem czy ubraniami. Inne priorytety. Oczywiście cały przemysł reklamowy stara się abyśmy przypadkiem za szybko nie uświadomili sobie, że co roku potrzebujemy nowy telefon a samochód, który sam parkuje jest standardem.

      • Dokładnie tak. To chyba też leży w poczuciu własnej wartości, nie tylko po zaspokojeniu się finansowo. Nie muszę nikomu nic udowadniać lepszym samochodem czy większym domem – chyba że samym sobie chcemy coś udowodnić, tylko po co? Jest mi dobrze, jak jest, a innym nic do tego 🙂 Ale faktycznie cała ta marketingowa machina stale nam przypomina, że można mieć więcej i lepiej i najlepsze i najnowsze… Warto jednak założyć sobie na to pancerzyk i się uodpornić, bo fakt jest taki, że tego wszystkiego nie potrzebujemy przecież 🙂 Ja się leczę bardzo z kupowania i gromadzenia, bo w miarę często się przeprowadzamy i każda dodatkowa rzecz jest problemem potem. I nagle się okazuje, że jak się tak dobrze zastanowię to wiele rzeczy mi nie potrzeba.